Wśród licznych emitowanych przez Polsat News i TVN 24 relacji, debat i dysput poświęconych sytuacji na polsko- białoruskiej rubieży zwróciła moją uwagę ostra kłótnia między Tomaszem Trelą a Januszem Kowalskim na temat uchodźców. Poszło, jak łatwo się domyślić, o ich taktowanie przez polskie służby. Poseł Lewicy, podobnie jak wszyscy przedstawiciele bloku prouchodźczego (dla uproszczenia podzieliłam spierające się strony na prouchodźczą, tzn. dostrzegającą w koczujących, mniejsza uchodźców, czy tylko migrantów, przede wszystkim cierpiących ludzi, a na dużo dalszym planie zagrożenie dla Polski oraz anyuchodźczą, na plan pierwszy wysuwającą owo zagrożenie), uważał, iż nie sprawdzamy się zarówno jako państwo jak i jako naród. Nowe akcenty natomiast pojawiły się u J. Kowalskiego

Do tej pory stał on twardo na stanowisku, że jedynym obowiązkiem naszej Straży i przysłanych jej na pomoc policjantów i żołnierzy jest dbanie o nieprzepuszczalność granicy, a troska o los przybyszów, którzy się jednak w Polsce znaleźli, to nie nasza sprawa. Nie szczędził zgryźliwych słów osobom usiłującym im pomóc, a w jednej z audycji wręcz stwierdził, iż nie da się słuchać rzewnych opowieści jego interlokutorek o ich tragicznym położeniu. Nie my jesteśmy jego sprawcami, a skoro ktoś (czyt. Łukaszenko) wykorzystuje ich jako broń w uzyskiwaniu swoich celów, to trzeba mu pokazać, że w taki sposób niczego nie osiągnie.

W rzeczonej dyspucie J. Kowalski również zaprezentował się jako nieustępliwy obrońca honoru funkcyjnych znad granicy, postponowanego jakoby przez T. Trelę. Tym razem jednak oskarżył go o bezpodstawne przypisywanie im braku ludzkich uczuć. Jakże dramatycznie brzmiał jego okrzyk o podanie choćby jednego przykładu, gdy nasza Straż, policja czy wojsko zostawiło bez pomocy głodnych, zmarzniętych, chorych uchodźców. Choćby jednego! Nie ma takich przykładów? W takim razie zarzuty o znieczulicę moralną to nikczemna potwarz.

Na swój sposób posłowi Konfederatów wtóruje rzeczniczka Straży Granicznej. Z jej relacji wynika, iż uchodźcy znajdujący się na naszym terenie są umieszczani w specjalnych ośrodkach i otoczeni należytą opieką, a na mokradłach i w lasach znajdują się wyłącznie ci, którzy stanowczo odmówili złożenia wniosków o azyl. W podobnym tonie zaczynają zresztą wypowiadać się przedstawiciele drugiego bloku. Widocznie poszła z wiadomego ośrodka instrukcja o zmianie argumentacji.

Zarówno święte oburzenie Janusza Kowalskiego, jak i wyjaśnienia pani rzeczniczki powinny wywołać u mnie i osób podobnie myślących rumieniec wstydu, że mogliśmy tak niesprawiedliwie ocenić pełniących trudną i odpowiedzialną służbę pograniczników. A jednak nie wywołuje. Dlaczego? Zacznę od posła Kowalskiego. Otóż jego żądanie pokazania, iż ktoś czegoś nie zrobił, jest po prostu pozbawione sensu. Można dowieść, iż jakiś fakt się zdarzył, nie da się natomiast pokazać czegoś, czego nie było. A blok antyuchodźczy poza mówieniem „na okrągło", że dbamy, zajmujemy się itd. dotychczas nie powiedział, na czym ta troska polega i jak ona wygląda w praktyce. Chciałoby się więc w tym miejscu wzorem J. Kowalskiego zawołać:"Przykład! Podajcie choć jeden przykład!"

Owszem, to z relacji pomagających tułaczom wolontariuszy możemy dowiedzieć się, że przynajmniej w pasie nieobjętym stanem wyjątkowym trafiają się mundurowi albo przymykający oczy na obecność nieproszonych gości (do których zaliczają się nie tylko zagraniczni przybysze, lecz również członkowie naszych organizacji pomocowych), albo wręcz dający im coś do zjedzenia, sprowadzający medyków do chorych, pokazujący bezpieczniejsze miejsca do koczowania. Zdarzyło się nawet, iż jeden z oficerów smażył naleśniki, by dać głodnym dzieciom jakąś namiastkę domowej normalności. Ale dla przeciwwagi inny z nich na oczach spragnionych biedaków wyciągnął butelkę wody mineralnej i po wypiciu jej do połowy resztę ostentacyjnie wylał na ziemię. Nawiasem mówiąc, jeszcze kilka dni temu tylko ten sadysta znalazłby uznanie w oczach panów Kowalskiego, Wąsika et consortes , teraz zaś chyba uzyskał prawo bytu i wrażliwiec od naleśników.

Jak widać z przytoczonych relacji, obrońcy uchodźców starają się zachować bezstronność i dlatego można im wierzyć, gdy opowiadają o matce 4. miesięcznego niemowlęcia, która pod wpływem traumatycznych przeżyć straciła mleko i nie ma czym karmić dziecka, czy o nieszczęśnikach skazanych na błąkanie się w lasach, mimo iż prosili o azyl. Te i inne przypadki sadyzmu, okrucieństwa czy „tylko" obojętności nakazują podchodzić do słów przedstawicieli władzy i sprzyjających jej antyuchodźców z daleko posuniętą rezerwą.

W jej przełamaniu nie pomogą ewentualne zdjęcia pokazujące służby pograniczne jako troskliwe nianie czule piastujące zmaltretowanych koczowników. Po sławetnej konferencji dwóch Mariuszów wiemy, że „oni" potrafią spreparować nie takie obrazy i dowody. Uwiarygodnić ich może tylko obecność akredytowanych dziennikarzy i świadectwa dawane przez rzeczników organizacji, od wielu tygodni słowem i czynem walczących, by ziemia polska nie stała się olbrzymim cmentarzyskiem dla znajdujących się na niej migrantów.

Władza jednak ani myśli to zrobić. W rezultacie świat ogląda sytuację na granicy jedynie oczami Białorusinów. Widzimy więc po białoruskiej stronie namioty, w których przebywają uchodźcy, służby dostarczające im termosy z jedzeniem, dowiadujemy się o przekształceniu jednego z magazynów na quasi-hotel dla nich, a po stronie polskiej gromadkę obcokrajowców pod chmurką.

Wnioski nasuwają się same. Oczywiście rządzący wołają gromkim głosem, że działania białoruskich pograniczników nie odzwierciedlają rzeczywistego podejścia do ludzi szukających poza własnym krajem lepszego losu, że to jedno wielkie mydlenie oczu i czystej wody propaganda. Ależ jasne, że tak, tylko co z tego? Czy namioty po jednej stronie granicy i ich brak po drugiej to prawda, czy fotomontaż? A jeśli prawda,to gdzie łatwiej znieść zimno, silny wiatr lub deszcz, u nich, czy u nas? Co my więc przeciwstawiamy białoruskiej propagandzie? Niestety, nic. A co moglibyśmy po dopuszczenia na pogranicze naocznych świadków naszych poczynań. Obawiam się, że również nic, a w najlepszym razie niewiele. I w tym chyba tkwi źródło tępego uporu i oporu władz wobec obecności na naszym terytorium polskich i zagranicznych dziennikarzy. Teraz mogą barwnie i długo opowiadać, jak to się one starają, czego to nie robią...A jeśliby puściłyby wodze fantazji , to nic nie stanęłoby na przeszkodzie, by przedstawić moją ulubioną rzeczniczkę Straży Granicznej, jak osobiście na własnych kolanach utula do snu płaczące dziecko, czy dotychczasowych sadystów zapewniających, że ulegli głębokiej wewnętrznej przemianie i teraz nad nikim się nie znęcają. Przecież tego nikt nie jest w stanie sprawdzić. Po co więc niszczyć to, co jest dla rządzących tak komfortowe i wygodne?

A że prawie nikt im nie wierzy? A, to już nie ich zmartwienie. Jak głosiła dawna reklama,"prawie" czyni wielką różnicę. Im wystarczą ci, który dadzą się nabrać na piękne słówka.

Mnie w każdym razie proszę do nich nie zaliczać. Prędzej uwierzyłabym w autentyczność zdjęcia przedstawiającego hipopotama ze znanego wiersza J. Brzechwy, jak złośliwej żabie, wybrance swego serca, nawleka igłę, niż w obudzenie się z moralnego letargu prawicowców zaczadzonych swoją wizją obrony granic Polski.

 

Krystyna Narwicz