Bogdan Galwas

Dziennik_Trybuna_2021-05-19_nr_2075-2076

Miałem przekonanie, że o PRL powiedziano już wszystko. Zmieniłem to przekonanie, gdy przeczytałem w artykule znanego dziennikarza omawiającym mało udany film o Agnieszce Osieckiej, że Agnieszka kolaborowała z rządem totalitarnym i nie rozliczyła się z tego. Autor uznał to za poważny zarzut. 

     Jeszcze kilka słów wstępu. Kiedy w styczniu 1945 roku żołnierze rosyjscy weszli do mojego miasteczka na Mazowszu miałem 6 lat. Pamiętam ogólną radość, ludzie przestali bać się aresztowań, łapanek, wywózek do Niemiec i Oświęcimia. Pamiętam też stan powszechnej, trudnej do opisania dzisiaj, biedy i wyczerpania wojną. Nie brałem udziału w dyskusjach o granicach i ustroju. Wkrótce wszyscy zaczęli pracować, a ja poszedłem do szkoły. Po latach, już jako nauczycielakademicki zacząłem analizować i oceniać przebytą drogę. Zdałem sobie sprawę, jaką ogromną pracę w trudnych warunkach wykonalinasi ojcowie, a potem my.

     Ludzie, którzy w warunkach powojennych podjęli prace nad odbudową i rozbudową systemu kształcenia mieli w pamięci jego stan w latach 30. Poziom wykształcenia społeczeństwa w porównaniu z krajami Europy był bardzo niski. Należało go znacząco podnieść rozbudowując system kształcenia, aby program uprzemysłowienia i unowocześnienia kraju został wykonany. Trzy obszary słabości były widoczne i oczywistym była praca nad ichradykalną poprawą.

     Pierwszym obszarem było zapewnienie powszechności nauczania. Dane z „Małego rocznika statystycznego 1939” wskazują, że 6 proc. dzieci w wieku 7-10 lat, czyli 185 tys. nie podjęło edukacji szkolnej, a 330 tys. dzieci zakończyło kształcenie na poziomie 4 klas. W II RP włożono wiele wysiłku, aby objąć kształceniem podstawowym wszystkie dzieci. Należało tą pracę kontynuować i zakończyć. Jednym z pierwszych, spektakularnych działań była likwidacja analfabetyzmu, co było szczególnie poważnym zadaniem w niektórych regionach dawnej Kongresówki. Dane w Roczniku statystycznym 1962 wskazują na poczynione postępy.
W roku szkolnym 1955/56 zanotowano, że 96,8 proc. młodzieży w wieku 7-13 lat uczy się w siedmioklasowych szkołach podstawowych. Być może słynny w tamtych czasach program „1000 szkół na Tysiąclecie” zakończył prace w tym obszarze.

     Drugim obszarem nierozwiniętym było szkolnictwo ponadpodstawowe. W roku szkolnym 1937/38 tylko 14 proc. młodzieży w wieku 14 – 17 lat kontynuowało naukę. W roku 1936/37 świadectwa maturalneszkół średnich ogólnokształcących otrzymało zaledwie15.165 uczniów, absolwenci seminariów nauczycielskich to 754 uczniów, a techników 2.384uczniów. W pierwszych powojennych latach postanowiono rozwinąć krajowy przemysł, aby w perspektywie kraj stał się przemysłowo-rolniczym. Aby to zrealizować należało radykalnie rozwinąć system szkół średnich, w tym szkół zawodowych i techników. Przyjęto, że po ukończeniu szkoły podstawowej 2 lata szkoły zawodowej to minimum wykształcenia pracownika przemysłu. Równolegle 5-letnie technika kształciły gruntowniej, otwierając absolwentom drogę na studia. Matura uzyskana po nauce w 4-letnich liceach dawała, zwykle po egzaminach wstępnych, możliwość podjęcia studiów. Wykonano ogrom pracy, by w roku szkolnym 1961/62 szkoły zawodowe ukończyło ponad 74 tysiące absolwentów, technika prawie 46 tysięcy absolwentów, a licea około 45 tysięcy maturzystów. Powszechną, entuzjastyczną akceptację krajowego programu „szkoła dla każdego” dokumentuje gwałtowny rozwój szkolnictwa dla pracujących. Setki tysięcy pracujących ludzi podjęło naukę by uzupełnić szkołę podstawową, uzyska  zawód w zawodówkach i technikach wieczorowych, uzyskać maturę w liceach dla pracujących, wreszcie podjąć studia wieczorowe na uczelniach. Konieczność kształcenia stała się składnikiemświadomości społecznej.

     Trzecim obszarem o ogromnej wadze dla przyszłości naszego kraju było szkolnictwo wyższe,  istotnie zapóźnione w rozwoju. Jego niedorozwój ma swój rodowód w systemie szkolnictwa Rzeczpospolitej w wiekach XVII i XVIII. Do działających wtedy trzech uniwersytetów w Krakowie, Wilnie i Lwowie, których działalność w XIX wieku istotnie ograniczono, II RP dodała uniwersytety w Warszawie i Poznaniu, oraz rozwijający się w latach30. w Lublinie KUL. Wydajność szkolnictwa wyższego w II RP opisują liczby podane w Tabeli 1. Zastój lat 30. można uzasadniać światowym kryzysem gospodarczym, być może czasem licznych potrzeb, wśród których uniwersytety zajęły odległe miejsce. Liczby kształconych corocznie lekarzy, inżynierów, specjalistów rolnictwa są żenująco niskie. Oceniając stan opieki medycznej w II RP jeden z autorów Przeglądu napisał, że wielu ludzi, którzy umierali w II RP przez całe swoje życie nie mieli kontaktu z lekarzem. Podjęte powojenne decyzje pokazały jakdużą wagę przykładano do kształcenia lekarzy i inżynierów.

     Nieliczną w II RP grupę ludzi z wyższym wykształceniem przerzedziła i rozproszyła zawierucha wojny w latach 1939-45. Niemniej ci, którzy odszukali się w pierwszych powojennych miesiącach zaplanowali i podjęli intensywną pracę nad radykalnym rozwojem systemu kształcenia w Polsce, z przekonaniem, że droga do nowoczesnego państwa prowadzi przez szkoły i uczelnie. Aby zmobilizować obywateli ogłoszono powołanie całej serii nowych wyższych uczelni: uniwersytetów,
politechnik, wyższych szkół inżynierskich, akademii medycznych,szkół rolniczych, artystycznych, itd. Decyzje te miały mobilizować i zachęcać do kształcenia się. W Tabeli 2 zestawiłem listę miast, które stały się uniwersyteckimi. Podjęte decyzje zostały z radością przyjęte przez mieszkańców Łodzi, Lublina, Gdańska, Białegostoku, Śląska. Narodziły się nowe miasta uniwersyteckie! Pracownicy uczelni lwowskich znaleźli miejsce pracy we Wrocławiu, gdzie utworzono uniwersytet i politechnikę. Pracownicy uniwersytetu wileńskiego odtworzyli go w Toruniu.

     Jest zrozumiałe, że powołanie uczelni aktem prawnym nie jest równoznaczne z uruchomieniem rekrutacji, sal wykładowych i laboratoryjnych, pełną obsadą zajęć. Trzeba 15 – 20 lat wytężonej pracy i sporo pieniędzy, aby ustabilizować kadrę i strukturę uczelni, osiągnąć dobry poziom pracmagisterskich i doktorskich. 

     Powołanie dużej grupy uniwersytetów i uczelni było decyzją strategiczną dla kierunku rozwoju społeczeństwa. Wielka rzesza pełnych zapału ludzi przystąpiła do działania. Wystarczy spojrzeć na rok 1955/56 w Tabeli 1, aby zobaczyć pierwsze rezultaty tej pracy. Pamiętajmy, że pierwsza dekada po wojnie była czasem bardzo trudnym. Rok 1956 rozjaśnił nieco perspektywy. Realizacja podjętych decyzji pozwoliła w latach 1945 – 1980 w znaczącym stopniu nadrobić zapóźnienia poprzednich trzech wieków w obszarze powszechności i dostępności do wykształcenia.  Osiągnęliśmy pod tym względem średni poziom europejski. Dekada lat 80. to już inna historia. 

     Osiągnięcie wysokiego poziomu wykształcenia absolwentów było zadaniem bardzo trudnym przy skrajnie ograniczonych środkach kraju, zmuszonego dodatkowo do brania udziału w wyścigu zbrojeń i odgrodzonego „żelazną kurtyną” od czołowych uniwersytetów europejskich i amerykańskich.
Jednakże z moich osobistych doświadczeń nauczyciela akademickiego związanego z Wydziałem Elektroniki Politechniki Warszawskiej wynika, że nasi absolwenci kształceni w takich warunkach potrafili znakomicie pracować w uniwersytetach i ośrodkach badawczych całego świata, od Alaski po Tokio i Nową Zelandię. Współcześnie zaś poziom wykształcenia naszych absolwentów budzi zastrzeżenia. Ponad 30 lat temu zakończono „zimną wojnę” i zniknęła „żelazna kurtyna”. Poziom naukowy naszych uniwersytetów oceniamy teraz jako zawstydzająco niski. 

     Napisałem tą wypowiedź, aby przywrócić pamięć i upomnieć się uznanie naszej nauczycielskiej pracy za dobrze wykonane zadanie. Dręczy mnie pytanie, dlaczego odwracamy się od pracy naszej i naszych ojców, pracy wynagradzanej i wykonywanej w bardzo trudnych warunkach niedostatku, a mimo to bardzo owocnej. Nagradzamy za strajki, nielegalne stowarzyszenia, starcia z policją, a nie za wybudowane mosty, elektrownie i szkoły. Prawdopodobnie wynika to z narzuconego polityką historyczną modelu wartości, co jest dobre dla ojczyzny, a co temu dobru nie służy. Model ten utworzono w latach „zimnej wojny”, gdy Polska była obszarem wojny propagandowej między wrogimi sobie blokami. Czy działał skutecznie? Wtedy tak, o mało nie doprowadził nas do wojny domowej i starcia z Rosją. Teraz ten model wzbogacony świętem „żołnierzy wyklętych” ogłupia nas, utrudnia myślenie o przyszłości i wybór drogi rozwoju. Obecna sytuacja polityczna w naszym kraju oddala nas krok po kroku od racjonalnego oglądu rzeczywistości. A ogląd ten wskazuje nam, że należy podjąć kolejny raz poważny wysiłek podniesienia poziomu naszego krajowego systemu edukacyjnego. Jesteśmy w pułapce średniego rozwoju, z której jedyna droga wyjścia prowadzi przez edukację.

Dziadersa uwagi i refleksje - cz. II
Dziennik_Trybuna_2021-07-14_nr_2115-2116

Do kontynuacji uwag o PRL skłoniła mnie jedna ważna rocznica, o której będzie mowa w drugiej części tej publikacji oraz pozytywne opinie moich zawodowych przyjaciół o poprzednio publikowanych uwagach, przypominających ogromny – owocny w konsekwencji – wysiłek włożony przez pracujących w PRL w rozwój krajowego systemu kształcenia.

     Oczywiście wysiłek pracujących w PRL ludzi skierowany był w kilku bardzo ważnych kierunkach. Popatrzmy najpierw na krajobraz.

Krajobraz po wojnie

     Po straszliwej w swych skutkach II wojnie światowej zwycięzcy przyznali nam, Polakom, kawałek Europy nad Wisłą, między Bugiem a Odrą. W 1914 roku, 31 lat wcześniej, ta część Europy podzielona była między trzy cesarstwa: niemieckie, rosyjskie i austro-węgierskie. Na straży podziału ponapoleońskiej Europy stały wtedy 3 z 4 potęg Europy kontynentalnej. Nasze powstania XIX wieku zderzały się z murem nie do obalenia. W ciągu zaledwie 31 lat XX wieku Niemcy wywołały dwie straszliwe w swych skutkach – dla nich i dla połowy świata – wojny. W 1945 roku wojsko rosyjskie stało nad Łabą, w Berlinie i Wiedniu. To był począteknowej rzeczywistości.

     O pojałtańskim podziale Europy napisano setki tomów, napisano chyba wszystko. Dodam tylko kilka zdań. Jeśli spojrzymy na mapę naszej współczesnej Polski, to widzimy 16 województw.

Z pewnym przybliżeniem ich granice odtwarzają granice podziału roku 1914. Otóż z Królestwa Kongresowego pozostało nam 5 województw: lubelskie, łódzkie, mazowieckie, podlaskie i świętokrzyskie. Ich łączna powierzchnia stanowi teraz 35 proc. naszego terytorium. Z zaboru austro-węgierskiego pozostały nam 2 województwa: małopolskie i podkarpackie; ich łączna powierzchnia to 11 proc. naszego obecnego terytorium. Pozostałych 9 województw: dolnośląskie, kujawsko-pomorskie, lubuskie, opolskie, pomorskie, śląskie, warmińsko-mazurskie, wielkopolskie i zachodniopomorskie, położone są w znacznej części na terytorium dawnego cesarstwa niemieckiego. Ich łączny obszar to 54 proc. naszego terytorium (prawie 169 tys. kilometrów kwadratowych). Utrata tego terytorium, jak się okazało trwała, była składnikiem ceny, jaką Niemcy zapłaciły za wywołanie dwóch wojen światowych. Tereny te my Polacy traktujemy nie jako zdobycz wojenną, ale jako nasze macierzyste ziemie, zasiedlane przez nas od wieków.

     W latach 1945/46 na obszarze Europy Środkowej zmuszono kilka milionów ludzi do zmiany miejsca zamieszkania. Niemców przesiedlano na zachód. Pociągi pełne polskich rodzin wiozły je na tak zwane Ziemie Odzyskane, tysiące rodzin Żydów, polskich obywateli, wracało ze wschodu nad Wisłę, inne pociągi przewiozły rodziny ukraińskie na wschód. Uznano wtedy, że po doświadczeniach wojny, wydarzeniach w Generalnym Gubernatorstwie i na Wołyniu konieczna jest separacjanarodów na tym obszarze.

     Na terytorium Polski zebrało się nas 23 miliony, poobijanych przez wojnę, niepewnych przyszłości. Połowa z nas pamiętała czasy przed 1914 rokiem, potęgę cesarskich Niemiec, wyzwiska od „bękartów Traktatu Wersalskiego”. Mimo tego większość z nas przyjęła ten wyrok historii. Postanowiliśmy pokazać, że mimo wszystko jesteśmy zdolni stworzyć prężne, żywotne państwo, z kulturalnym, wykształconym społeczeństwem, z rozwiniętym przemysłem, z bogatym piśmiennictwem i teatrami,z rozwiniętą nauką.

     Na pierwszych po wojnie Igrzyskach Olimpijskich w 1948 roku w Londynie zdobyliśmy brązowy medal, o ile pamiętam zdobył go bokser Antkowiak. To była ogromna radość nad Wisłą.

W 1949 roku w świeżo odbudowanej Filharmonii w Warszawie odbył się kolejny, pierwszy po wojnie konkurs Chopinowski. Zwyciężyły w nim Halina Czerny-Stefańska i Bella Dawidowicz (ZSRR). To był kolejny wybuch radości. Odbudowa Starego Miasta w Warszawie w 1953 roku i Festiwal Młodzieży w Warszawie z Placem Konstytucji w roku 1955 po oddaniu Pałacu Kultury to kolejne fakty potwierdzające, że istniejemy, że pracujemy, że mamy własne państwo, że potrafimy.

     Kierunki rozwoju, wyznaczone w pierwszych latach PRL były oczekiwane i akceptowalne przez większość społeczeństwa. Poza likwidacją analfabetyzmu i rozwojem systemu kształcenia (przypominamy sobie program „tysiąc szkół na tysiąclecie” uruchomiony, aby uczcić tysiąclecie chrztu Polski) zasadnicze cele rozwoju ulokowano w przemyśle. Uznano węgiel za naturalne bogactwo kraju i postanowionorozwinąć górnictwo węgla kamiennego. W pierwszych latach  powojennych węgiel kamienny był najważniejszym towarem eksportowym. Bardzo szybko uzupełniono program o rozwój górnictwa odkrywkowego węgla brunatnego. Rozwój technologii górniczych umożliwił rozwój górnictwa siarki, aż do wyczerpania złóż pod Tarnobrzegiem. Poza wydobywaniem węgla rozwinięto sieć kopalni miedzi. Koncern KGHM funkcjonuje z powodzeniem nadal, dając pracę tysiącom ludzi i znaczne dochody krajowi. Pokazaliśmy, że umiemy być górnikami!

     Energetyka powojenna wymagała rozwoju prawie od zera, transport morski, kolejowy, drogowy były w opłakanym stanie. Postanowiliśmy stworzyć system energetyczny kraju, poza tym produkować statki, wagony, lokomotywy i autobusy. Plany rozwoju obejmowały wiele obszarów, także hutnictwo, produkcję materiałów budowlanych i budownictwo, (trzeba było odbudować Warszawę, Gdańsk, Wrocław) a także kilka innych.

     Oceniając teraz postawione cele i plany oraz stopień ich realizacji miejmy na uwadze warunki, w jakich wtedy startowaliśmy do odbudowy i rozwoju kraju. Zdawaliśmy sobie sprawę, że możemy liczyć tylko na siebie (szansa na Plan Marshalla szybko się rozmyła). Bardzo nieliczna kadra przedwojennych specjalistów, nieuzupełniana w czasie wojny, gdyż uniwersytety były zamknięte, w połowie zginęła na frontach walk, w obozach jenieckich (Katyń!) i koncentracyjnych, rozproszyła się po świecie. W latach wojny rozwinięto w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech, ZSRR i Japonii wiele gałęzi techniki i technologii. Ogromny postęp poczyniono w obszarze radioelektroniki (radar!), nadzwyczajnie rozwinął się przemysł budowy samolotów i samochodów, statków i łodzi podwodnych, wielki postęp odnotowano w hutnictwie i przemyśle chemicznym. Niestety, obywatele PRL nie brali udziału w tym wyścigu nowych technologii, wystartowaliśmy do niego spóźnieni 6 lat, z niewielkimi siłami. Od pierwszych lat postawiono w PRL na rozwój kierunków inżynierskich na uczelniach technicznych, o czym pisałem w poprzednich uwagach.Jednak po powołaniu nowego wydziału i kierunku studiów trzeba czekać wiele lat, by poziom wykładów, podręczników, laboratoriów i wiedzy absolwentów osiągnął odpowiedni wymiar. Podsumowując: w roku 1945 podjęliśmy pogoń za uciekającym nam postępowym światem w warunkach ogromnego niedostatku wykształconych specjalistów, z zacofanym technologicznie i zniszczonym przez wojnę,niewielkim w wymiarze produkcyjnym przemysłem.

     Jeszcze jedną uwagę należy dodać. Już 5 marca 1946 roku Winston Churchill, w słynnym potem przemówieniu w Fulton, użył terminu „żelazna kurtyna”. Wkrótce weszliśmy w okres zwany „zimną wojną”. Kraj między Odrą i Bugiem położony jest na wschód od Łaby, która była granicą między obozami politycznymi. W rezultacie byliśmy jako kraj zmuszeni do udziału w wyniszczającym siły wyścigu zbrojeń. Musieliśmy utrzymywać i uzbrajać liczną armię, co pochłaniało znaczną częśćnaszych wypracowanych z trudem zasobów.

     Model zarządzania gospodarką, który musieliśmy zastosować nie był efektywny, był rodzajem włączonego hamulca, który – jak się okazało – tworzył warunki powstawania okresowych, bolesnych dla społeczeństwa kryzysów. Wszyscy pamiętamy Poznań,Radom, Gdańsk, Gdynię.

     Ale co najważniejsze, „żelazna kurtyna” szczelnie i skutecznie oddzieliła nas od nowoczesnej technologii, od najlepszych ośrodków naukowych i uniwersytetów. Byliśmy skazani na siebie, na nasze własne umiejętności. Musieliśmy sami zaprojektować, wykonać i uruchomić: huty, elektrownie, fabryki parowozów, autobusów i stocznie budujące statki. Otrzymywaliśmy pomoc i sporomaszyn z ZSRR, ale nasi inżynierowie musieli najczęściej poradzić sobie sami.

     Nie można mieć do nas pretensji, że nie dogoniliśmy światowej czołówki, ale potrafiliśmy projektować i budować elektrownie i statki oceaniczne, kopalnie węgla i rud miedzi, parowozy i cukrownie. To prawda, że nasz Polonez nie dorównał Mercedesowi, że ratowaliśmy się technologią Fiata i licencjami na tranzystory i obwody scalone. Jednakżew tych trudnych warunkach generacja naszych rodziców i my wykazaliśmy, że potrafimy uczyć się, organizować i owocnie pracować. Własnym wysiłkiem i ciężką pracą wpisaliśmy nasze państwo między Odrą i Bugiem na trwale w mapę Europy.

Budujemy elektrownie

     W XIX wieku odkryto ogro ne możliwości, jakie stwarza energia elektryczna w wytwarzaniu światła, w napędzie mechanicznym, w możliwości prostej transmisji na duże odległości. Pierwszą elektrownię wodną, hydroelektrownię, uruchomiono w Wielkiej Brytanii już w 1878 roku. W 1882 roku także w Londynie uruchomiono elektrownię cieplną „Edison Electric Light Station”. Rozpoczął się wiek elektryczności. W XX wieku już wszyscy zrozumieli, że w państwie rozwiniętym produkcja energii elektrycznejjest koniecznością.

Tabela. Roczna produkcja energii elektrycznej w Polsce, w wybranych latach ostatnich100 lat, mierzona w tera-watogodzinach TWh.

 

Rok                      Roczna produkcja energiielektrycznej w TWh

1928 ............................................................................................... 2,58

1932 ............................................................................................... 2,24

1938 ............................................................................................... 3,95

1949 ............................................................................................... 8,24

1956 ............................................................................................... 19,5

1970 ............................................................................................... 64,5

1979 ................................................................................................ 117

2017 ............................,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,.,................... 170

     W Tabeli zestawiłem kilka danych z Roczników Statystycznych, aby stworzyć perspektywę historyczną ostatnich 100 lat. Dwudziestolecie II Rzeczpospolitej było czasem bardzo trudnym dla społeczeństwa. Udało nam się scalić kawałki 3 zaborów w jedno państwo, ale globalne swym zasięgiem kryzysy ekonomiczne dotknęły bardzo naszą gospodarkę. Dlatego nie uzyskaliśmy znaczącego przyrostu mocy naszych elektrowni. Wyprodukowaliśmy w 1938 roku prawie 4 TWh, co odpowiadało produkcji elektrowni o mocy prawie 500 MW przez1 rok. To niewiele.

      Nie ma miejsca w tej publikacji na przedstawienie najkrótszej choćby historii rozwoju systemu energetycznego w Polsce. Taki system to nie tylko elektrownie produkujące energię, to także złożona sieć przesyłania energii i doprowadzenia jej do kilkudziesięciu milionów odbiorców. Pierwsze lata PRL to elektryfikacja wsi, doprowadzenie energii do każdego domu. Ale później sieć energetyczna była nieustannie, ogromnym nakładem pracy i środków,rozbudowywana i doskonalona.

     Największym i dlatego najważniejszym dla Polski źródłem energii jest węgiel kamienny. Obfite i poznane złoża Górnego Śląska były w powojennych dekadach naturalnym obszarem eksploatacji. Kopalnie i elektrownie Górnego Śląska stały się źródłem energii dla prawie całej Polski. Pierwsze elektrownie uruchamiane w PRL wykorzystywały węgiel kamienny. Wielkim nakładem pracy budowaliśmy i uruchamialiśmy kolejne elektrownie i bloki energetyczne. Produkcja energii elektrycznej osiągnęła w roku 1979 poziom 117 TWH, co oznacza, że w stosunku do roku 1939 moc bloków energetycznych wzrosła trzydziestokrotnie.

     Jednak w kolejnych latach zauważyliśmy, że w RFN zbudowano wielkie elektrownie w sąsiedztwie kopalni odkrywkowych węgla brunatnego. Poszliśmy także w tą stronę. Popatrzmy na kolejne etapy 

     Elektrownia w Turowie, początek budowy w 1962 roku, obecna moc 1500 MW, czyli 1,5

  1. Mówimy o niej teraz, gdyż Czesi, nasi sąsiedzi mają kłopoty z wodą. Powinniśmy po sąsiedzku i przyjacielsku znaleźć satysfakcjonujące rozwiązanie, bez angażowania sądów

     Zespół Elektrowni „Pątnów-Adamów-Konin”, budowany wieloetapowo, pierwsze bloki oddano w latach 1964-67. Obecnie łączna moc zainstalowanych bloków to 2,5 GW.

     Elektrownia w Bełchatowie, początek budowy 1975, 11 bloków energetycznych o mocy 370 – 390 MW każdy, oddanych zostało doużytku w latach 1981–1988. Obecna moc 5,1 GW.

     Wymienieni wyżej 3 producenci są dominującymi producentami energii elektrycznej w naszym kraju. Łączna moc tych elektrowni to ponad 9 GW. Gdyby pracowały pełną mocą cały rok, to ich produkcja wyniesie prawie 80 TWh, czyli około 45% rocznej produkcji energii w Polsce,w roku 2017.

     Po upadku muru berlińskiego zniknęła „żelazna kurtyna”. Weszliśmy do otwartej, przyjaznej strefy ekonomicznej, gdzie specjalistyczne, o światowym poziomie firmy gotowe są zrealizować prawie każde zamówienie na blok energetyczny lub całą elektrownię. Trzeba tylko mieć pieniądze.

W dekadach PRL takie firmy pracowały także, ale po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”. Byliśmy zdani na siebie i sprostaliśmy wymaganiom. Zbudowaliśmy prawie od zera sprawny system produkcjii dystrybucji energii elektrycznej, na średnim, światowym poziomie. Kilku milionom pracowników należy się uznanie i podziękowanie za ich pracę.

     W XXI wieku klimatolodzy donieśli nam, że rosnący zbyt szybko poziom CO2 w atmosferze uruchamia procesy zmian klimatu, co zagraża katastrofami o skali globalnej. Patrzymy teraz na elektrownie węglowe innym okiem. Ostatnio rozpatrujemy możliwość budowy kilku elektrowni atomowych przez firmy z USA. Czekają nas kolejne, kosztowne inwestycje. Ale to już jest inna historia.

  1. rocznica utworzenia Wydziału Łączności Politechniki Warszawskiej 

    Podtytuł tego punktu mówi sam za siebie. Rocznica, o której wspomniałem na początku to właśnie siedemdziesięciolecie Wydziału Łączności, na którymw 1955 roku rozpocząłem studia.

     Termin radiotechnika pojawił się w latach 30. poprzedniego wieku w związku z rozwojem techniki nadawania i odbioru radiowego. Obejmował także badania nad telewizją, radarem i technikami zapisu i rejestracji dźwięku. Odrębnym obszarem była telefonia. W roku 1939 liczba specjalistów w obszarze radiotechniki była w Polsce niewielka, najwyżej dwucyfrowa, przemysł radiowy nie istniał, o kierunku kształcenia nawet nie wspomnę. Dobrze pracował Wydział Elektryczny, to na nim powstawały pierwsze prace o propagacji fal i działaniu triody. Z różnych powodów – front naszych badań pozostawał daleko w tyle za Wk. Brytanią, Niemcami i USA. W latach II Wojny Światowej tempo badań i rozwoju radiotechniki przybrało niewyobrażalne rozmiary wyścigu technologii po śmierć i życie. W wyścigu tym – o czym wspomniano wcześniej – nie braliśmy udziału.

     W roku 1945 nad morzem gruzów Warszawy wystawał budynek, który obecnie nazywamy Gmachem Głównym Politechniki. To tam zaczęli przybywać nieliczni wykładowcy, którzy przeżyli wojnę i powstanie. Przybyli pędzeni potrzebą by uruchamiać za wszelką cenę i jak najszybciej studia inżynierskie. Wszak bez inżynierów można odgruzowywać, ale nie można budować.

Jeszcze jedną myśl mieli ci ludzie: w pościgu za światem mogli liczyć tylko na siebie.

     Przed wojną silnym wydziałem Politechniki był Wydział Elektryczny. To przy nim wyrastała gałąź radiotechniki. Tak też zaczynano w roku 1945. Startuje rekrutacja na Wydziale Elektrycznym, a przy nim pojawia się specjalność: „prądy słabe”. To radiotechnika. Jednak tych kilku specjalistów, którzy tam skupili się wiedzieli, że to nie jest powtórka roku 1939, to już rok 1946, to już inna era. Trzeba – obok Wydziału Elektrycznego – utworzyć osobny wydział z własnym programem, odrębnymi laboratoriami, odrębnymi programami badawczymi. Tych kilku staje przed zadaniami – zdaje się – nie do wykonania. Po pierwsze nie ma kadry. Wydział Elektryczny pomaga. Zapraszają do pracy matematyków i fizyków, jakże wtedy nielicznych. Najzdolniejsi studenci 3 roku zostają asystentami, potem zostaną profesorami, niektórzy nie zdążą zrobić doktoratu,a zostaną członkami PAN.

     Po drugie trzeba samemu pokonać dystans do czołówki, sięgnąć po literaturę naukową, kupić i sprowadzić z zagranicy, a potem napisać własne książki, podręczniki, skrypty. Na szczęście uniwersytety w USA i Wk. Brytanii publikują całe serie książek. Zasłynęła na całym świecie seria wspaniałych monografii wydanych w USA na przełomie lat 40. i 50. przez MIT (Massachusetts

Institute of Technology, uniwersytet techniczny w USA, według wielu opinii najlepszy na świecie).

W ZSRR pojawiają się całe serie bardzo dobrych tłumaczeń, często bez wiedzy autorów. Sięgamy po książki, gdzie się da i jak się da, a czas to ubogi zarównow środki, jak i w kontakty.

     Trzeci problem, to laboratoria, niezwykle istotny składnik procesu dydaktycznego. Coś przekazało wojsko, pomogły zakupy w ZSRR i w NRD. Są laboratoria,skromne, ale są.

     Czas podsumować podjętą przez tych kilku pracę. Jest ich już kilkudziesięciu. Wnioskują o powołanie nowego w Politechnice Wydziału Łączności w roku 1951, w 6. roku po zakończeniu wojny. Jak wygląda ich dzieło? Mogę o tym sam opowiedzieć. Trafiam na ten Wydział w roku 1955. Jest nas 180 studentów, wybranych z 630 kandydatów po bardzo trudnych egzaminach. Studia magisterskie zaplanowano na 11 semestrów, w praktyce trwają 6 lat. Tygodniowa liczba zajęć przekracza 40 godzin. Pierwsze 2 lata, wzorem modelu francuskiego przygotowującego do Grand Ecole, to gruntowne studia wiedzy podstawowej z przewagą matematyki i fizyki. Dobrzy wykładowcy, dużo podręczników i skryptów, dobrze przygotowane laboratoria. Dobry zestaw specjalności dyplomowania, poza radiotechniką i telefonią można było wybrać elektronikę medyczną (aparatura Roentgena), elektroakustykę z akustyką sal koncertowych i automatykę. Studia są bardzo trudne i wymagają od studentów ogromnego wysiłku. Do dyplomu dociera dwóch na trzech. Mimo tego co roku liczbakandydatów kilkakrotnie przekracza liczbę miejsc.

     Wydział Łączności po kilkunastu latach zmienił nazwę na Wydział Elektroniki. W 1965 roku otrzymał nowy gmach, w którym pracuje do dzisiaj. Liczba studentów powoli rosła i obecnie sięga 3,5 tysiąca. Jest to największy Wydział Politechniki Warszawskiej i jeden z największych w uczelniach technicznych. Obecnie kształci na 5 kierunkach, prowadzi studia doktoranckie, w języku angielskim i przez Internet. Zatrudnia kilkudziesięciu profesorów i doktorów habilitowanych, wkrótce będzie to liczba trzycyfrowa.

     Wracając do czasów początku, lat 50-tych i 60-tych. Absolwenci Wydziału Łączności stworzyli w Warszawie całą serię instytutów naukowych i centrów badawczych, wśród nich wymienię PIE – Przemysłowy Instytut Elektroniki, PIT – Przemysłowy Instytut Telekomunikacji, ITE – Instytut Technologii Elektronowej, IŁ – Instytut Łączności, ITME – Instytut Technologii Materiałów Elektronowych, i kilka innych. Powstał od zera warszawski przemysł elektroniczny, który produkował lampy elektronowe, tranzystory i układy scalone, odbiorniki i nadajniki radiowe, radary i magnetrony, kineskopy i telewizory, systemy automatyki i aparaturę pomiarową. Absolwenci tego Wydziału dawali sobie doskonale radę tam, gdzie rzucił ich los. Większość pracowała i pracuje dla kraju. Wielu los rozrzucił po całym świecie. Na uniwersytetachod Alaski po Patagonię i Nową Zelandię można spotkać profesorów – absolwentów tego Wydziału, bo jego dyplom otwiera każde drzwi.

     Chcę oddać ukłon tym kilku, którzy 70 lat temu, w powojennej pełnej gruzów Warszawie, w kraju pełnym ran i blizn, postanowili gonić świat, który nam uciekł. Uznali, że kraj skorzysta, gdy wykształci się specjalistów w obszarze niezwykle ważnej techniki. Nie wiem, czy rozważali możliwość czekania na III Wojnę Światową, pewnie nie. Postanowili gonić w sposób, który uznali za najskuteczniejszy i który był najskuteczniejszy. Takie dziania są zgodne z czymś, co nazywamy realpolityk. Nie przypominam ich nazwisk, aby kogoś nie pominąć, podam tylko jedno:

profesor Janusz Groszkowski,nasz praojciec.

     A jak wyglądały stosunki z władzą tamtych lat? Czy działali na zlecenie władz? Z pewnością nie pracowali „przeciw władzy”, to oni przekonali władzę i ustalili programy rozwoju uczelni, instytutów badawczych, zakładów produkcyjnych.

Zamiast konkluzji

     Przypominam czasy i działania naszych ojców i nasze, aby przypomnieć ogrom pracy włożonej przez te dwie generacje w odbudowę i urządzanie kraju. Jako jeden z wielu domagam się sprawiedliwego osądu włożonego wysiłku i wykonanej pracy przez miliony ludzi, którzy w miastach naszego kraju zbudowali mieszkania – prawda, że skromne – dla 16 milionów ludzi, dla połowy mieszkańców. Kraj, który wtedy był PRL-em, teraz jest Rzeczpospolitą Polską. Rzeczpospolita nie powstała na gruzach PRL, ale jest jego kontynuacją w przestrzeni między Odrą i Bugiem. Owszem,na miejscu Stadionu Dziesięciolecia zbudowaliśmy Stadion Narodowy, ale w tej samej Warszawie.

     Ostatnie dekady to czas, gdy nagradzamy za strajki, nielegalne stowarzyszenia, starcia z policją, a nie za wybudowane mosty, elektrownie i szkoły. Podyktowany przez prawicę i IPN dominujący obecnie model myślenia ogłupia nas, niestety. Już teraz nie pozwala nam postawić właściwej diagnozy, dlaczego dystans między nami a czołówką krajów rozwiniętych nie maleje, jakie działania trzeba podjąć, aby go zmniejszyć. Jesteśmy blisko konkluzji, że to ONI powinni nas gonić, że na nas, przedmurzu, spoczywa obowiązekochrony cywilizacji.

     Dalej potrzebne nam są oceny oparte o realpolitik, aby właściwie diagnozować stan, w jakim jesteśmy i kierunki rozwoju, jakie powinniśmy wybrać na przyszłość. Wrócimy do tego tematu.

Dziadersa uwagi i refleksje - cz. III 
Dziennik_Trybuna_2021-09-29_nr_2170-2171

 

Jako zaawansowany emeryt wracam do refl eksji o PRL, aby chociaż w tak skromnym stopniu przypomnieć rozmiar pracy wykonanej przez pokolenia moich rodziców i moje  nad budową i rozbudową naszej ojczyzny.

     Siły polityczne, które wypłynęły na fali utworzonejprzez zwycięską Solidarność, chcąc powiększyć rozmiar zwycięstwa, wykuwają mit pokonania komunizmu od Łaby po Władywostok, komunizmu równie zbrodniczego, jak nazizm, wyzwolenia/ocalenia naszego narodu spod okupacji sowieckiej, wręcz zmiany losów tego świata. Łatwość tworzenia logicznie naciągniętych, mitotwórczych narracji o walce z potwornościami PRL (IPN jest w tym niezrównany), w których przeciętni politycy urastają do wymiaru herosów, jest jedną z pieczołowicie kultywowanych umiejętności nadwiślańczyków. Nie mam narzędzi do udziału w zmaganiach o prawdę historyczną, mogę dodać jedynie swój głos/opinię o trudach i wynikach ciężkiej i świadomie wykonywanej pracy przez dziesiątki milionów ludzi w czasie 44 lat PRL. Jak wielu z nas z radością witam każdą publikację profesora Romanowskiego, który przywraca rolę logiki w ocenie historycznychwydarzeń i procesów.

     W pierwszych „…uwagach i refleksjach…” przypomniałem ogromną pracę wykonaną przez pokolenia PRL nad rozbudową systemu edukacji. Rozpoczęliśmy od likwidacji analfabetyzmu, zbudowaliśmy 1300 szkół na tysiąclecie, pieczołowicie odtworzyliśmy uniwersytety, które przeniosły się ze Lwowa do Wrocławia i z Wilna do Torunia, więcej niż dziesięciokrotnie zwiększyliśmy potencjał szkolnictwa uniwersyteckiego, politechnik i akademii medycznych.

     W kolejnych „…uwagach i refleksjach…” przypomniałem w wielkim skrócie prace nad rozbudową systemu energetycznego kraju, budową sieci elektrowni opartych o wykorzystanie węgla kamiennego z kopalni głębinowych i brunatnego z kopalni odkrywkowych. Nie mieliśmy innych poza węglem źródeł energii. Cały ten system energetyczny, z kopalniami, elektrowniami i siecią transmisji zbudowaliśmy własnymi rękami, w oparciu o umiejętności specjalistów, dla wyszkolenia których musieliśmy najpierw zbudować szkoły.

     Z uwagą śledzę naszą drogę do zbudowania w Polsce elektrowni atomowej. Do jej budowy potrzebne są nam teraz tylko pieniądze; wiedzę i technologię zapewni amerykańska firma. Pamiętamczasy podejmowania w latach 80-tych decyzji o budowie elektrowni atomowej w Żarnowcu na wybrzeżu. Wtedy Politechnika Warszawska tworzyła na dwóch wydziałach specjalności kształcenia inżynierów, którzy mieli tą elektrownię budować, uruchamiać i obsługiwać. Zmieniły się czasy, rola uczelni technicznych w Polsce zmalała, króluje opinia, że potrzeba teraz mniej inżynierów, a więcej specjalistów od zdobywania pieniędzy. To prawda, że pieniądze otwierają drogę do najlepszych technologii, Jednakże bez gałęzi gospodarki pracujących w obszarze wysokich technologii nie będzie dużych pieniędzy. Pozostaną nam prace proste, montażowe, transport, mało skomplikowane usługi.

Zbudowaliśmy drugą Polskę

     W tym odcinku „…uwag i refleksji…” pragnę przypomnieć wielką pracę wykonaną przez pokolenia PRL przy budowie domów mieszkalnych, dzielnic, osiedli i miast. W wielu publikacjach pisze się o mieszkaniach i domach budowanych w PRL z lekceważeniem. Szczególnie ujemne oceny zbiera technologia wielkiej płyty, wykorzystywana szeroko w latach i 80. Architektura osiedli także zbiera nie najlepsze opinie, np. słynne w Warszawie Osiedle „Zażelazną bramą”.

     Spójrzmy szerzej na problem naszego budownictwa w PRL pod kątem „na co było nas wtedy stać”. W 2018 roku GUS wydał ciekawą pozycję „100 lat Polski w liczbach 1918-2018”. Możemy tam na stronie 58 znaleźć wykres zmian PKB (Produkt Krajowy Brutto) w okresie 1949 – 1989. Otóż przyjmując wartość PKB w roku 1970 za 100 znajdujemy wartość PKB w 1949 roku na poziomie 25, a w roku 1980 na poziomie 175. W ciągu 30 lat PKB naszego kraju wzrosło siedmiokrotnie. To dobrze świadczy o pracy ludzi PRL, ale wskazuje też na poziom startu. Kto pamięta poziom życia w roku 1970 niech sobie wyobrazi czterokrotnie niższy poziom w roku 1949. W 1945 roku zaczynaliśmy urządzanie naszego kraju w warunkach totalnej biedy (plan Marshalla nas ominął). Ale już wtedy postanowiliśmy odbudować zrujnowaną Warszawę i zniszczone Wrocław i Gdańsk.

     W 1946 roku prawie 24 miliony obywateli przystąpiło do tworzenia państwa w nowych granicach. Liczba mieszkań w miastach i wsiach naszego kraju wynosiła wtedy około 5,5 miliona, w tym w miastach jedynie 2,5 miliona. Do 1990 roku, przez 44 lata PRL, liczba ludności zwiększyła się o 14 milionów do 38, średnio o 300 tysięcy rocznie. Warto pamiętać, że w latach 1948 – 1960 w rodzinach rodziło się więcej niż 700 tysięcy dzieci rocznie. Budowa mieszkań była absolutną koniecznością, musieliśmy budować szybko i ile się da;oczywiście były to małe i możliwie tanie mieszkania.

Tabela 1. Mieszkańcy w Polsce i ich mieszkania w czasach PRL.

Dane liczbowe mieszkańców i mieszkań w milionach, w zaokrągleniu.

 

Rok                                         1946   1989

Liczba ludności                           24       38

Liczba ludności w miastach       7,6    23,3

Liczba mieszkań                        5.5    11.5

Liczba mieszkańw miastach      2.5      7,3

     Dane pokazują, że do roku 1990 liczba mieszkań wzrosła do 11,5 miliona, było ich wtedy

dwa razy więcej, niż w roku 1946. Ludzie PRL zbudowali drugą Polskę! Liczba mieszkań w miastach wzrosła z wymienionych 2,5 miliona do 7,3 miliona. Liczba mieszkańców miast wzrosła w tym czasie z 7,6 miliona do 23,3 miliona. To dla tych prawie 16 milionów odbudowaliśmy wielkim nakładem pracy w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu „stare miasta”, w możliwie najwierniejszych kopiach. To dla nich opanowaliśmy technologię wielkiej płyty, aby budować szybko i tanio.

     Należy też zauważyć, że znacznie poprawiliśmy standard mieszkań zarówno w miastach, jak i na wsi. Sięgam znowu do wydawnictwa GUS „100 lat Polski w liczbach 1918-2018” i przedstawiam dane w Tabeli 2. W warunkach niedostatku projektowano wtedy tanie mieszkania, ale zawsze z wodą, kanalizacją, bardzo często z dostępem do gazu i w zasięgu elektrociepłowni. Ludzie PRL zbudowali drugą Polskę z istotnie wyższym standardem mieszkań.

Tabela 2. Wyposażenie mieszkań w miastach w instalacje w proc. ogółu mieszkań zamieszkanych.

 

Rok                                                1950      1988

Wodociąg                                       42,3      94,9

Ustęp                                             25,7       84,9

Gaz z sieci                                     26,2      70,9

Centralneogrzewanie                       4,9      72,8

     Standard współcześnie budowanych mieszkań jest oczywiście wyższy, mieszkania sąwiększe i lepiej wyposażone. Jednak w okresie PRL liczba ludności naszego kraju rosła co roku o około 300 tysięcy i musieliśmy iść drogą dużo ale – niestety – tanio. Współcześnie liczba ludności stoi w miejscu, a ceny mieszkań dla wielu młodych ludzi stanowią trudną do przebycia zaporę. Aleto już inny temat.

     Czy wybudowane w okresie PRL dzielnice miast zachwycają architekturą? Nie, nie zachwycają, chociaż Plac Konstytucji w Warszawie ma swój niezatarty urok. Budowaliśmy tak, jak wtedy potrafiliśmy i mogliśmy. Jak powiedział pewien architekt, „miasta są takie, jak ludzie, którzy je budowali”. Widocznie nie potrafiliśmy lepiej, na tyle było nas stać.

Czy można było lepiej?

     A jednak pytanie, „czy można było lepiej” wraca i należy zastanowić się nad odpowiedzią.

Warunki startu naszego państwa w roku 1945 były bardzo trudne. Przesuwane i nieustabilizowane granice, w lasach oddziały partyzantów, których teraz nazwano „żołnierzami wyklętymi”, przybywające na tzw. Ziemie Odzyskane pociągi ze wschodu z Polakami, Niemcy ewakuowani na zachód i Ukraińcy ewakuowani na wschód. Armia Czerwona po zakończeniu wojny wycofała się na wschód, ale tylko częściowo. Znaczne siły pozostały w Niemczech i Austrii, a także w bazach w Polsce. Było dla wszystkich oczywistością, że to ZSRR podyktuje warunki, na których może istnieć i funkcjonować państwo polskie, Tak się też stało. Nasze państwo było samodzielne w tym sensie, że nie zostało włączone jako jedna z republik do ZSRR.Mimo tego większość obywateli przystąpiła do mrówczej pracy uruchomienia kraju i stworzenia dla siebie podstawowych warunków życia. Realizm oparty nazdrowej logice wskazywał, że innej drogi nie było.

     Czekaliśmy następnie 44 lata, aby powstały realne warunki na usamodzielnienie naszego państwa. Usiedliśmy wtedy do „okrągłego stołu” i dalszy ciąg jest dobrze znany. Czy mogliśmy w tymczasie 44 lat zrobić dla kraju więcej i lepiej? To ważne pytanie.

     Październik 1956 roku był ważnym wydarzeniem, stopień naszej samodzielności istotnie wzrósł. To prawda, że dalej zajmowaliśmy ważne miejsce w szyku państw uformowanym przez ZSRR. Jako składnik tego szyku braliśmy udział w „zimnej wojnie” i bardzo kosztownym wyścigu zbrojeń. Wydarzenia na Węgrzech w roku 1956 i w Czechosłowacji w 1968 pokazały, że nie wolno nam – pod groźbą zbrojnej interwencji – go opuścić. Niemniej uzyskaliśmy nieco więcej samodzielności w sprawach wewnętrznych.

     Narzucony nam model centralnie kierowanej gospodarki owszem pozwalał na koncentrację i sterowanie inwestycjami, regulację cen i równowagi rynkowej. Specjaliści, których posadziliśmy za kołem sterowym niestety nie potrafili posługiwać się nim. Co pewien czas doprowadzaliśmy do rozregulowania rynku, głównie żywności i sięgaliśmy wtedy po koło ratunkowe, którym była podwyżka cen, regulacje płac, czasami kartki. Duża podwyżka cen doprowadzała do rozpaczy całe rzesze pracujących. W rezultacie robotnicy wychodzili na ulicę, podejmowali strajki, wystraszona władza wysyłała wojsko. Wojsko często sięgało po broń, padali ranni i zabici.

     Wydarzenia w Poznaniu, Radomiu, Lublinie, Gdańsku, Gdyni, Szczecinie zostały szczegółowo analizowane i opisane. Każde z nich było bolesnym wstrząsem dla wszystkich, także dla władzy. Wymieniano sekretarzy, premierów i ministrów. Po kilku latach sytuacja wracała kolejny raz do stanu grożącego wybuchem i często po podwyżce wybuch taki następował.

     Przedstawiony mechanizm jest oczywiście wielce uproszczony, prawdziwa jest natomiast bezradność, z jaką obserwowano proces rozregulowania rynku i konieczność serwowania kolejnej podwyżki, aby go naprawić. Moje krótkie wizyty na Węgrzech, w Czechosłowacji i NRD, w krajach o podobnym systemie gospodarek pokazywały, że można uregulować warunki popytu i podaży, by uzyskać równowagę i nie wpadać w sytuację pustych półek, z której jedynym wyjściem była podwyżka cen. Niestety nie potrafiliśmy znaleźć ludzi, którzy by byli w stanie ustabilizować warunki wymiany rynkowej.

     Dochodzimy tutaj do kolejnego problemu. Jestem przekonany, że my, mieszkańcy kraju nad Wisłą nie posiadamy umiejętności wyłonienia z pośród siebie kandydatów o odpowiedniej wiedzy i umiejętnościach, którym można powierzyć ważne dla państwa i społeczeństwa zadania, by byli w stanie je wykonać. Powierzenie takich zadań połączone jest zwykle z awansem i traktowane jako nagroda za inne zasługi. Bardzo często okazywało się, że awansowany nie był w stanie poradzić sobie z nowymi zadaniami. W PRL mechanizm awansu był bardzo złożony, zwykle niejawny, miała nad nim kontrolę partia, która nie była w stanie wypracować właściwych reguł. Brak przejrzystości reguł awansu, ukrywanie powiązań i związków wewnątrz struktury, brak rotacji i kadencyjności, ukrywanie błędnych decyzji, wszystko to prowadziło bardzo często do fatalnych błędów w polityce kadrowej. Nie prowadziłem badań w tym obszarze, ale mam przekonanie, że na niższych szczeblach polityka kadrowa dawała znacznie lepsze wyniki. Stanowiska dyrektorów szkół i instytutów naukowych, rektorów uczelni, dyrektorów zakładów i szpitali były w większości powierzane ludziom odpowiedzialnym i fachowym. Dzięki temu udało nam się tak wiele zrobić w dekadach PRLmimo wszystkich trudności.

     Uogólniając można stwierdzić, że znacznie większą wagę przywiązujemy do uczciwości awansowanego, a mniejszą do jego fachowości. Znacznie częściej stawiane są zarzuty urzędnikom państwowym, że kradną, a bardzo rzadko,że są po prostu głupi, a często są.

Dramatyczna dekada

     Dekada lat osiemdziesiątych była ostatnią w historii PRL. Powszechnie mówią o niej jako

o bardzo ważnej, że zmieniła losy świata, pozwoliła nam odzyskać wolność i niezależność, itd., itp.. Wszystko to wiemy, o wszystkim już pisano, a jak nie, to wkrótce napiszą. Wszyscy żyjący wtedy świadomie pamiętamy dramatyzm stanu wojennego i tamtej dekady, nieustające strajki, ogromne napięcie społeczne i kartki na żywność. Dopiero obrady okrągłego stołu wyzwoliły nadzieje na wyjście z tego tunelu. Wyszliśmy z niego, Związek Radziecki rozpadł się pod koniec roku 1991, wkrótce Rosjanie wrócili do Rosji, a my weszliśmy do Unii Europejskiej i do NATO. Zmienił się ustrój politycznyi model gospodarki.

     Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych rozpoczęto wyprzedaż wszystkiego, co było do sprzedania mówiono nam, że oto przekraczamy próg pomyślności i dostatku. A to co złego to nie my, to PRL.

     Popatrzmy więc na spuściznę po PRL, a ściślej mówiąc na gospodarcze skutki dekady lat osiemdziesiątych.

     W omawianym wcześniej wydawnictwie „100 lat Polski w liczbach 1918-2018” znajdujemy trzy wykresy, które opisują stan gospodarki w latach PRL.

Przeciętne miesięczne wynagrodzenie realne netto, lata 1955 – 1989.

Dochód narodowy (ceny stałe), lata 1949 – 1989.

Produkcja sprzedana przemysłu oraz produkcja budowlano-montażowa, lata 1949 – 1989.

     Wszystkie pokazane na wykresach krzywe są liniami rosnącymi do roku 1980, po czym pojawia się dołek w okresie omawianej dekady. Po 10 – 12 latach krzywe wracają do poziomu roku 1980. Jeden z wniosków, jaki się nasuwa: dekada lat 80. była czasem głębokiego kryzysu gospodarczego i zahamowania rozwoju. Patrząc na krzywą wzrostu dochodu narodowego widzimy, – co nadmieniłem wcześniej – że w latach 1949 – 1980 dochód narodowy wzrósł siedmiokrotnie, co daje roczną stopę wzrostu 6,4 proc.. Gdyby stopę taką utrzymano w latach 80., uzyskano by przyrost dochodu 86 proc.. Zakładając roczny przyrost w wymiarze 5 proc. po 10 latach uzyskujemy wzrost o 63 proc.

     Konkluzja tego wywodu jest prosta: głęboki kryzys społeczny lat osiemdziesiątych spowodował poważny kryzys gospodarczy, zahamował na 10 lat rozwój naszego państwa i wzrost stopy życiowej. Jeśli spojrzeć na drogę rozwoju gospodarki jako na pogoń za rozwiniętym Zachodem, to na tej drodze straciliśmy jedną dekadę.

     Wielu polityków argumentuje i twierdzi, że to rozpad ZSRR w 1991 roku zakończył „zimną wojnę” i otworzył nam drogę do samodzielności. Natomiast powstanie Solidarności, nasze zmagania ze stanem wojennym, bunt lat 80., miały znaczenie w wymiarze naszego kraju, znaczenie polityczne (jesteśmy z niego dumni) i gospodarcze (kryzys i niedostatki). Dlatego ten punkt oznaczyłem tytułem „dramatyczna dekada”. Długie lata będzie trwała w  naszym kraju dyskusja nad tym, „czy warto było”. Chciałem dodać do tej dyskusji jeszcze jeden argument.

     Historia Polski pokazuje, że wielokrotnie mieliśmy problemy ze znalezieniem właściwej drogi postepowania, nie potrafiliśmy zapobiec rozbiorom, wywoływaliśmy powstania wbrew logice, które kończyły się upokarzającą klęską i pogorszeniem naszego bytu. Jednak bardzo trudny okres PRL przetrwaliśmy w końcu w dobrej formie, uformowaliśmy w trudnych politycznie warunkach, wielkim nakładem pracy, własne państwo, w nowym terytorialnie kształcie, a także dobrze wykształcone społeczeństwo.

     Kraj rolniczy zamieniliśmy na przemysłowo-rolniczy, przybyło nas 14 milionów, podnieśliśmy z gruzów Warszawę i starówki Wrocławia i Gdańska, zbudowaliśmy drugie tyle domów, dzielnic i miast. Kolejne dekady pokazały, że wszyscy sąsiedzi uznali nasze państwo za byt trwały.

     I niech tak zostanie. Pokolenie moich rodziców i moje dobrze wykonały swoje zadania.

Czy teraz nie można lepiej?

     Kiedy oddaliliśmy się od PRL, odsunęliśmy się od Rosji, zaprzyjaźniliśmy z USA i wstąpiliśmy do NATO, sprywatyzowaliśmy prawie wszystko, co chciano u nas kupić.

Gdy międzynarodowy kapitał wyposażył Warszawę w wieżowce, z których kolejny będzie wyższy od Pałacu Kultury, to powinniśmy wreszcie wejść w lata powszechnego dobrobytu i ogólnej pomyślności. Tymczasem urósł na naszym, nadwiślańskim gruncie nurt polityczny, którego przywódcy dostrzegli miliony obywateli, którym powodzi się źle i wsparli ich programem 500+, podnieśli minimalną pensję i kwotę wolną od podatku, choć przecież – podobno – nie można było tego zrobić. Zdobyli ich głosy i władzę nad krajem wygrywając kolejno sześciokrotnie wybory. Gdyby tylko tyle, to przecież jest to normalna gra polityczna. Ale zwycięzcy postanowili nas zmienić, ukształtować na nowo. Zmieniają nam historię i kryteria oceny co jest dla społeczeństwa dobre, a co złe. Zmieniają programy w szkołach. Już teraz powstało „katolickie państwo narodu polskiego”, co zapowiedział jeden z przywódców dawnej opozycji w 1989 roku. Jesteśmy skłóceni ze sobą w sejmie, w senacie, w prasie, wszędzie, zapomnieliśmy znaczenia terminu kompromis. Przywódcy polityczni nazywają publicznie przeciwników złodziejami. Jesteśmy skłóceni z prawie wszystkimi sąsiadami, nie mamy przyjaciół. Jako „środkowoeuropejskie mocarstwo” stajemy się znowu przedmurzem chrześcijaństwa, jedynymi już chyba obrońcami moralności i etyki przed zalewem lewactwa (to słowo pochodzi od robactwa). Przy tym wszystkim nie dostrzegamy świata w jego rozwoju, nie ma nas w dyskusjach nad przyszłością nauki i technologii.

     Kolejny raz nie umiemy znaleźć wśród nas ludzi, którym można powierzyć sterowanie naszym krajem. Nie stawiam tezy, że rządzą nami złodzieje, choć wielu marnotrawi fundusze, ale widzę całe gromady głupków. Czyżby jakaś klątwa ciążyła nad nami? Póki co nie grozi nam rozbiór państwa, ale krok po kroku przechodzimy na margines w obszarach nauki i technologii. Tylko nasi pisarze zdobywają nagrody Nobla. Jeśli w czymś jesteśmy dobrzy, to w skokach narciarskich i piłce siatkowej. Coraz więcej młodych ludzi planuje studiować w innych krajach, aby ułatwić sobie emigrację.

     To, co napisałem jest wszystkim znane i opisane. Można odnieść wrażenie, że stoimy przed rzeczywistością z zawiązanymi oczami – jak w grze w ciuciubabkę – i nie wiemy w którą pójść stronę i jaki wybrać kierunek.